JOGURT A LITERATURA
Oskar Lange
Ostatnimi czasy na lekcji języka polskiego otrzymałem nader interesujący temat
do opracowania – „Jogurt a literatura”. Oczywiście, nie dostałem go za darmo – bo w życiu nie ma nic za darmo. Była to kara za nieposłuszeństwo, a konkretnie za to, że najzwyczajniej w świecie jadłem na lekcji jogurt brzoskwiniowy firmy „Jogobella”.
Gdy usłyszałem wspomniany temat, byłem w ciężkim szoku. Natychmiast zadałem sobie pytanie, co może łączyć te dwa pojęcia, a co je od siebie odróżnia. Z początku pomyślałem,
że jakiekolwiek cechy wspólne są w tym wypadku nie do pomyślenia. Zacząłem się więc zastanawiać jeszcze intensywniej – co szczerze powiedziawszy naprawdę rzadko mi się zdarza.
Po niejakim namyśle doszedłem do wniosku, że jogurt może stanowić odzwierciedlenie niektórych gatunków literackich – choćby taka proza jak Harlequin może mieć z mlecznym napojem bardzo dużo wspólnego. Jogurt to przecież przecier, jednolita mieszanina wszystkiego, płynna nieukonstytuowana masa, która (wbrew przekazom reklamowym) właściwie nie zawiera żadnych treści czy wartości odżywczych. To najzwyklejsza papka o jednolitym, nieokreślonym smaku,
bez żadnych konkretów – co o „dużych” lub „ekstradużych kawałkach” możemy co najwyżej pomarzyć, łudząc się napisem na opakowaniu. Z Harlequinem jest niemal identycznie. Możemy właściwie odłożyć książkę w momencie poznania imion bohaterów, bo z góry wiemy, co będzie dalej – jednolita konstrukcja, zero treści, rzekomo podniosła historia o miłości i nieodzowne zakończenie
z serii „żyli długo i szczęśliwie…”. Różnica jest w zasadzie jedna – jogurty mimo wszystko lubię,
a romansidła są dla mnie najgorszym gatunkiem literackim.
Odnoszę wrażenie, że niesłabnąca popularność Harlequinów jest spowodowana tym,
że ludzie nie wiedzą już, czym jest prawdziwa literatura. Możliwe też, że czytelnicy romansideł
po prostu chcą naiwnie wierzyć, że również w ich życiu wszystko będzie dobrze. To z kolei według mnie straszna przejaw głupoty i niedojrzałości – ponieważ świat nie jest (i nigdy nie był) słodki
i różowy, co próbuje nam wmówić papka w filmach, beznadziejnej literaturze, czy w końcu w jogurcie truskawkowym.